Sprzedawcy adrenaliny

Data: 25.11.2012 19:30

Przyglądając się dyskusji na temat legalizacji marihuany trudno nie oprzeć się wrażeniu, że albo utknęliśmy w jakiejś pułapce, albo jesteśmy przez kogoś manipulowani. Powstaje tylko pytanie jaki jest tego cel.

Bowiem wokół nas odbywa się się tyle różnych, groźnych procesów, że dziwnym jest, że całe rzesze socjologów i psychologów nie zauważają niebezpieczeństw. Być może nie chcą zauważyć, a być może są bezsilni. Ci sami dyskutanci nie zauważają, że nawet gdyby zalegalizowano marihuanę, można kontrolować i nadzorować to co będzie się działo w wyniku wprowadzenia legalizacji miękkich narkotyków.

Nie o marihuanie jednak będzie ten tekst. Będzie o czymś znacznie groźniejszym. Groźniejszym dlatego, że wymyka się spod wszelkiej kontroli.

Ostatnio wracają tematy z okresu ostatniej wojny i okresu tuż po jej zakończeniu, nawiązujące do brutalizacji zachowań ludzkich. Mord w Jedwabnem. Wspólne wyrzynanie się Polaków i Ukraińców na Wołyniu, czy też pogrom kielecki.

Poszczególne zdarzenia rozpatruje się w kategorii winy. Rzadziej jednak doszukuje się przyczyn i okoliczności, które te przyczyny wywołały. Mianowicie należy zwrócić uwagę, że wszystkie te zdarzenia miały miejsce albo w czasie trwania wojny, albo krótko po niej.

Obserwacja wojny powoduje, że następuje oswojenie się ze śmiercią. Z zadawaniem bólu. Z brutalnością. Zadawanie śmierci po kilku latach funkcjonowania w środku trwającej wojny w pewnym momencie staje się tak naturalne, jak codzienne robienie zakupów.

Chociaż wojny nie przeżyłem, ale z pewnych względów czuję się upoważniony do wysuwania takich wniosków.

Poza innymi przyczynami należy zwrócić uwagę właśnie na okres, w którym te zdarzenia się odbyły. Przez kilkadziesiąt lat następujących po wojnie nie wydarzyło się nic podobnego.

Wskazuje to na to, że ludziom, którzy przez określony czas funkcjonowali wśród przemocy znacznie łatwiej przychodzi stosowanie tej przemocy.

Można zauważyć, że wielu żołnierzy wracających z misji w Afganistanie wymaga leczenia psychiatrycznego na skutek wystąpienia u nich zespołu stresu bojowego. A przecież ci ludzie zostali wyszkoleni do udziału w wojnie.

Co prawda nie mamy żadnych danych na temat traumy, czy też jej braku u ludzi biorących udział w zdarzeniach w czasów ostatniej wojny, ale mimo wszystko można próbować formułować określone wnioski.

Żołnierze współcześni zostali wychowani i żyją w czasie pokoju. Po raz pierwszy i to gwałtownie zetknęli się z brutalnością wojny. Z różnych doniesień dotyczących współczesnych wojen wynika, że poziom brutalności wzrasta wraz z upływem czasu, w którym dana osoba bierze udział w wojnie.

Oznacza to, że człowiek, który obcuje na co dzień z brutalnością doznaje swoistego znieczulenia na ból psychiczny związany z traumą. Jest to element systemu obronnego naszej psychiki.

Wróćmy jednak na nasze polskie podwórko do czasów pokoju.

Wojna ma to do siebie, że wszędzie panuje przemoc. Natomiast nawet w czasie pokoju również przemocy nie unikniemy. Nie jest ona powszechna, ale jednak występuje.

Gdyby jednak wszystkie akty przemocy wydarzały się w jednym miejscu i gdyby obserwatorem ich była ciągle ta sama grupa ludzi, wystąpiłyby u tych osób takie same objawy, jak u ludzi biorących udział w czynnej wojnie.

Powszechnie ludzie oburzają się na akty przemocy we wszelkiej postaci. Z drugiej strony jednak to właśnie przemoc ludzie chcą oglądać. Przemoc wywołuje wydzielanie się adrenaliny. Ludzie są żądni wrażeń. To jest ten swoisty rodzaj publicznej obłudy.

Będące obecnie w kryzysie media stały się właśnie sprzedawcami adrenaliny.

Przebijanie się przez rynek konkurencji dostarczają adrenaliny na żądanie. Tego chcą odbiorcy.

Powszechnie obwinia się media za przedstawianie nieprawdziwego obrazu rzeczywistości. Bo jest to rzeczywiście obraz fałszywy.

Przeglądając codziennie media można odnieść wrażenie, że Polska przemocą stoi.

Statystyki jednak dowodzą, że w przeszłości przypadków przemocy nie było więcej niż obecnie. Kiedyś po prostu nie eksponowało się każdego przypadku.

Problem jednak dopiero się zaczyna. Bowiem kreowanie rzeczywistości opartej na przemocy będzie nieuchronnie prowadzić do społecznego znieczulenia. Obcowanie bowiem na co dzień ze zdarzeniami drastycznymi spowoduje, że odbiorcy zaczną się nudzić obecnie serwowanymi dawkami i zaczną domagać się mocniejszych wrażeń. Pojedyncze zdarzenie już na wielu nie robi żadnego wrażenia. Po ostatnim serialu z mamą Madzi rysuje się jeszcze inny obraz .

Wydarzenia związane ze śmiercią półrocznej Madzi, oraz ze śmiercią Szymona z Będzina wskazują już na swego rodzaju zmowę medialno-obywatelską.

W serialu z mamą Madzi, w pewnym momencie można było zauważyć, że emocje nie dotyczą już samej śmierci Madzi, tylko zachowania jej matki. To już nakazuje bić na alarm. Bowiem śmierć dziecka pozostała tylko tłem swoistego spektaklu.

Zachowanie mediów można określić jako rodzaj czarnego żartu. Wykreowanie zabójczyni jako celebrytki jest przekroczeniem wszelkich granic przyzwoitości. Pozostaje tylko zadać pytanie, na czyje zamówienie zostało to zrealizowane. Problemem jest to, że było to zamówienie społeczne.

Aż boję się przewidzieć wyniku ewentualnego sondażu, w którym można by zadać odbiorcom pytanie, czy gotowi byliby zrezygnować z emocji związanych z całym cyrkiem dotyczącym matki Madzi, gdyby to miało przywrócić życie małej Madzi.

Bardziej przerażające są fakty z ostatnich dni. Media doniosły o brutalnej zbrodni. Matka zamordowała kilkoro dzieci. Doniesienia były bardzo drastyczne. W jednym przynajmniej przypadku matka zakopała zamordowanego noworodka w ogrodzie. Następnie wykopała go i dała psu do zjedzenia. Znalazłem o tym tylko jedną wzmiankę w mediach.

Media nie podjęły tematu. Nie podjęło społeczeństwo. Nie odbyły się żadne marsze milczenia.

Znieczulenie zaczęło działać? Potrzebne są silniejsze dawki? Natomiast wszelkie media rozpisały się o poszukiwaniu matki Madzi, która tym razem zniknęła.

Jednak to również już nie budzi emocji.

Co dalej? Po co tym razem sięgną media w dostarczaniu adrenaliny? Po silniejszą dawkę?

Czy w kolejnym etapie nie wystarczy już tylko samo wysłuchiwanie informacji lecz powstanie potrzeba wzięcia w nich bezpośredniego udziału?

Problem jest tym większy, że powszechnie nie zauważa się problemu. Znieczulenie następuje bardzo stopniowo. W pewnym momencie staje się naturalne. Staje się normą społeczną.

W początkowym etapie przestajemy się tamu dziwić. W kolejnym zaczynamy zachowywać się podobnie.

Coraz trudniej obecnie o normalną dyskusję, w której nie dominuje agresja. Pamięć mam raczej dobrą i doskonale pamiętam, że kiedyś tego nie było. Ludzie nazywają to emocjami. Tłumaczą się, że emocje posiada każdy człowiek. Zapominają jednak, że emocje bywają różne. Miłość również jest oparta na istnieniu emocji. Coraz częściej pojęcie „emocje”, oznacza „agresja”.

Chyba mało kto zauważył, że już rozpoczął się demontaż systemu ograniczającego kumulowanie się agresji. Pod pozorem prawa do wolności słowa postuluje się usunięcie z Kodeksu Karnego słynnego artykułu 212. Podawane są opinii publicznej idiotyczne argumenty, że art 212 KK zabrania krytyki Prezydenta RP.

Art. 212 KK brzmi: „Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.”

O obrazie lub krytyce Prezydenta RP nie ma ani słowa. O co więc chodzi? O wolną amerykankę w dowalaniu sobie?

Otwiera się więc furtka do uchylenia kolejnych artykułów Kodeksu Karnego.

Czy następnym w kolejności będzie postulat uchylenia art. 148 KK, który zaczyna się słowami: „Kto zabija człowieka....”?