Rzeczpospolita Interaktywna

Data: 15.10.2012 00:30

W jednym z punktów programu Demokracji Bezpośredniej można znaleźć postulat powszechnie dostępnego Internetu.

Zupełnie słuszny postulat, który jednak wzbudził powszechną krytykę malkontentów. Jako że napełnioną do połowy szklankę malkontent zawsze określi jako do połowy pustą.

Szczerze mówiąc podbudowuje mnie fakt, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy nie chcą nic darmowego od państwa. Malkontent nie wierzy w „darmowe obiadki”, gdyż poza pustą do połowy szklanką widzi na stole kiełbasę wyborczą podaną jako danie główne.

Malkontent widzi medal tylko z jednej strony. Widzi koszt, który trzeba ponieść na tego rodzaju zbytek. I dalej...nic już nie widzi. Najgorszą odmianą malkontenta jest malkontent krótkowzroczny.

Opowiedzmy więc malkontentom historię o tym, jak to państwo rozdało Internet za darmo wszystkim swoim dorosłym obywatelom.

A było to tak...

W kraju nad Wisłą po zwycięstwie Turkusowej Rewolucji malkontenci poza utratą wzroku, utracili również głos. Nadeszła wolność.

Eksperci Turkusowej Rewolucji zaczęli mierzyć i liczyć. Wszak powszechną jest prawdą, że żeby wyjąć trzeba najpierw włożyć. Prawda stara jak świat. Przekładając na język ekonomii, żeby osiągnąć zysk trzeba najpierw zainwestować. Czyli ponieść koszt. Operując językiem potocznym, należy włożyć. Dla wielu niepojęte. Wszak głupi przedsiębiorca będzie widział w pracowniku, źródło kosztów, natomiast mądry przedsiębiorca zauważy w nim źródło przychodów.

Czy zatem darmowy Internet jest szklanką do połowy pustą, czy też do połowy pełną?

Po wymierzeniu i policzeniu, okazało się że szklanka jest zapełniona w całości.

Przyglądając się centrom wielkich miast można zauważyć przemieszczających się w różnych kierunkach ludzi. Idących piechotą, jadących samochodami, komunikacją miejską bądź też przemykających się na rowerach. Po odjęciu tych, którzy przewożą lub przenoszą ładunki, oraz tych którym śpieszy się do domu, okazuje się, że pozostali przenoszą informacje. W najróżniejszej postaci. Na papierze, na nośnikach elektronicznych, lub po prostu w głowie. Całe mrowie ludzi, którzy ponoszą koszty. Koszty związane ze stratą czasu, ze zużytym paliwem i wiele innych kosztów związanych z koniecznością przemieszczania się.

Wśród nich są zwykli obywatele biegnący do różnego rodzaju urzędów. Listonosze i kurierzy doręczający listy zwykle i polecone.

Informacje przetransportowane różnymi drogami z ulicy na ulicę, z miasta do miasta docierają do miejsca przeznaczenia. Tutaj zaczyna się ich prawdziwa gehenna.

Oczekują w poczekalniach. Następnie zostają brutalnie ostemplowane i rzucone na niewygodną półkę w oczekiwaniu aż nadejdzie ich czas na przetworzenie.

Następnie zajmą się nimi przyjmowacze, przetwarzacze, wysyłacze, stemplowacze i cała rzesza innych różnego rodzaju „aczy”, zwanych potocznie urzędnikami.

Następnie informacje zostaną przetworzone w procesie produkcji na inne informacje, po czym znów zostaną ostemplowane, kopertowane, oznaczkowane i wysłane w określonym kierunku.

I znów wielu ludzi uwierzy że są potrzebni. I znów ktoś będzie miał pracę.

Tym razem to ja jestem malkontentem. Szklanka jest do płowy pusta. Ci pracownicy są źródłem kosztów. Praca urzędników nie przekłada się na zysk.

Turkusowa Rewolucja spowodowała, że młody człowiek odbierając dowód osobisty otrzymuje jednocześnie przydział na bezpłatny dostęp do Internetu. Do niego należy decyzja, czy wybiera stacjonarny, czy też mobilny. Pakiet internetowy zawiera również tzw. obywatelską skrzynkę pocztową, która służy obywatelowi do korespondencji z urzędami państwowymi. Pakiet zawiera również unikalny kod dostępu z mocą zaufanego podpisu elektronicznego.

Nie jest to jednak prezent od państwa z okazji ukończenia 18 roku życia. Państwo przekazuje obywatelowi łącze internetowe o minimalnej przepustowości, niezbędnej do zwykłej komunikacji.

Oczywiście obywatel może zwiększyć przepustowość swojego łącza internetowego. Na tym jednak kończą się prezenty od państwa. Za kolejne megabajty obywatel musi już zapłacić.

Państwo jednak żąda czegoś w zamian. Państwo żąda używania otrzymanego prezentu.

Państwo nie przyjmie już od obywatela żadnego pisma papierowego. Wszak lasy należy chronić. Państwo przyjmie wyłącznie dokument w formie elektronicznej wysłany za pomocą Internetu. Wszak państwo musi zadbać o to, żeby obywatel nie tracił czasu na przenoszenie informacji do urzędu. Przecież w tym czasie może wykonać inną pracę dla siebie i dla państwa.

Lub żeby broń Boże nie ważył się przewieźć informacji samochodem. I paliwo drogie, i samochód się zużywa, i dziury w drogach, i oddychać nie ma czym.

Informacja nie trafi już na półkę. Nie będzie nabierała mocy urzędowej. Ponieważ urzędników zastąpią serwery, które sprawnie informację przetworzą i skierują w odpowiednie miejsce.

Serwer również wyśle przetworzoną informację do obywatela. Serwer jest to taki nowoczesny model urzędnika, który jest gotów pracować całą dobę nie żądając zapłaty za nadgodziny. Serwer nie zażąda urlopu. Nie zachoruje. Nie trzeba mu wypłacać emerytury. Nie założy związków zawodowych. Nie zażąda podwyżki. Ale co najważniejsze: za serwer nie trzeba płacić składek ZUS !!!

Serwer przyjmie obywatela o każdej porze dnia i nocy. Nie powiesi kartki z napisem: „Dzisiaj urząd nieczynny”.

Jeszcze przed Turkusową Rewolucją ceny użytkowania Internetu sukcesywnie spadały. W tym czasie rosły wynagrodzenia urzędników. W wyniku rewolucji na skutek złożenia przez państwo hurtowego zamówienia na dostawę obywatelskiego Internetu wynegocjowano bardzo atrakcyjne stawki od dostawców.

W tym czasie pożegnano całe rzesze urzędników. Zniknęły korki w miastach. Zniknęły kolejki w urzędach. Oszczędności przeznaczono na podwyżki dla emerytów.

Turkusowa Rewolucja zrobiła swoje. Powstał nowy model państwa: Rzeczpospolita Interaktywna.

Jednak to dopiero początek. Jest jeszcze głosowanie przez Internet. Edukacja przez Internet i...

Ale... to już inne historie.