Obiecał Niderlandy

Data: 13.10.2012 23:47

Dlaczego Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, bohater sienkiewiczowskiej Trylogii, mógł obiecać królowi szwedzkiemu Niderlandy? Odpowiedź jest prosta - gdyż nie ponosił żadnych konsekwencji za niespełnienie tej obietnicy. Podobnie jest z obietnicami premiera, które usłyszeliśmy podczas wczorajszego exposé. Dopóki obywatele nie posiadają prawnych możliwości egzekwowania obietnic polityków, takich jak obywatelskie referendum, weto ludowe czy prawo odwołania polityka, ministra czy całego rządu, dopóty każde exposé będzie jedynie propagandowym spektaklem. Spektaklem obliczonym na sukces medialny, a nie otwarciem rzetelnej debaty na temat przyszłości państwa, a zarazem każdego z nas. Dlatego warto wstrzymać się z oceną słów Donalda Tuska do momentu, gdy przemienią się one w czyny. A do tego z dużym prawdopodobieństwem nie dojdzie, gdyż w obecnym ustroju "partiokracji" politycy nie mają żadnego interesu w dotrzymywaniu słowa.

Osobną sprawą jest późniejsze głosowanie o wotum zaufania dla Donalda Tuska i jego gabinetu. Z głosowania wynika, że rząd premiera popiera ponad 50% Parlamentu. Jest to kuriozalne gdy jednocześnie spojrzymy w ostatnie sondaże, z których wynika iż z działań rządu Donalda Tuska zadowolonych jest jedynie 26% badanych. Nasuwa się oczywiste pytanie: czy wybierani raz na cztery lata, nietykalni posłowie są autentycznie „Przedstawicielami Narodu"? Czy faktycznie odzwierciedlają aktualne poglądy swoich wyborców? Jestem niemalże pewien, że gdyby wotum zaufania mieli udzielać wczoraj obywatele, a nie posłowie, dziś po rządzie Donalda Tuska pozostałoby jedynie wspomnienie. To absurdalne by w XXI-wiecznej demokracji, przy całym technologicznym oraz mentalnym rozwoju społeczeństwa, o trwaniu rządu decydowali nadal parlamentarzyści! Zwłaszcza, że premier posiada parlamentarną większość! Partia Demokracja Bezpośrednia postuluje wprowadzenie prawa odwołania polityka w trakcie kadencji - w tym także Rady Ministrów. Tylko wotum zaufania głosowane przez obywateli, a nie polityków, stanowi merytoryczną ocenę pracy rządu. Bo decyzje Rady Ministrów wpływają bezpośrednio na życie obywateli, a nie posłów w Sejmie!

Jest jeszcze jedna kwestia. Od wygłoszenia exposé wielu dziennikarzy, politologów oraz naukowców próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy proponowane przez Donalda Tuska zmiany przyniosą pozytywne skutki dla kraju. Ja napiszę wprost, z pełną odpowiedzialnością: nie wiem tego i wiedzieć nie mogę. Uważam, że jeden człowiek nie jest w stanie dysponować dostateczną wiedzą i doświadczeniem, mieć dostęp do naukowych badań i analiz by obiektywnie, poprawnie ocenić postulaty dotyczące tak szerokiego spektrum zagadnień jak finanse publiczne, polityka społeczna i inwestycje drogowe. To po prostu niemożliwe, człowiek taki musiałby poświęcić na naukę wiele dziesiątek lat! Polska scena polityczna pełna jest "omnibusów", erudytów znających się na każdym temacie - obserwujemy ich przecież codziennie w telewizji. Tym bardziej nierealne jest założenie obecnego ustroju, które pozwala na decydowanie w tych kwestiach jednemu człowiekowi. Bo to przecież do premiera należy zawsze ostatnie słowo, posiada on przeważnie większość parlamentarną, a zatem de facto posiadamy rządy jednostki i jej partii, nie zaś rządy obywateli!

I pod tym względem lepsza jest demokracja bezpośrednia - ustrój, w którym rozwiązania wypracowują i prezentują eksperci - teoretycy i praktycy - a po rzetelnej debacie oceniają je wszyscy obywatele, bo to ich bezpośrednio dotyczyć będą zmiany. Zaufać należy mądrości zbiorowej, a nie jednemu człowiekowi, powiązanemu siecią politycznych i biznesowych układów. Taki jest na temat „exposé” pogląd demokraty, który nie opowiada się po żadnej ze stron sceny politycznej.