Niedźwiedzia przysługa

Data: 22.10.2013 21:54

Dawno, dawno temu żył sobie pustelnik. Mieszkał w odosobnieniu razem z przyjacielem-niedźwiedziem. Pewnego razu niedźwiedź zobaczył na czole mędrca muchę. Postanowił więc "strzepnąć" mu ją z siwej głowy. Jednym uderzeniem swego wielkiego, nieporadnego łapska zabił pustelnika na miejscu.

Oto bajka o słynnej "niedźwiedziej przysłudze".

Nie trzeba już komentować działań PO w kontekście demokracji w Polsce, bo do tego zbrakłoby słów najlepszym lingwistom. Nie trzeba komentować Twojego Ruchu - następcy Ruchu Palikota - który, jako rzekomo pierwsza pro-obywatelska partia w Polsce, wstrzymał się w głosowaniu sejmowym nad wnioskiem o referendum w sprawie wieku emerytalnego. Nie trzeba komentować SLD, SP, PJN. Pomówmy dziś o Prawie i Sprawiedliwości i najnowszym projekcie posłów tej partii dotyczącym demokracji bezpośredniej. Już raz komentowałem deklaracje PiSu, we wpisie Newbie Demokracji Bezpośredniej. Dziś, gdy mam przed oczami spisany projekt, mogę to zrobić nieco konkretniej.

Niektórzy słusznie podnoszą, że przez "polityczne zagarnięcie" referendum w Warszawie mogło ono uzyskać zbyt małą frekwencję by być ważne. Nie jestem co do tego całkiem przekonany, świadomy zresztą, że nawet referenda merytoryczne w Szwajcarii często inicjują partie. "Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką." mawiał Tomasz Mann. Jednak najnowszy projekt ustawy o zmianie Konstytucji RP, wniesiony do laski marszałkowskiej przez posłów PiSu, wymaga komentarza. Zwłaszcza, że przyciągnął on wielu szczerych sympatyków demokracji bezpośredniej, którzy nie dostrzegają pewnych istotnych niuansów. Ostrzegam więc: ten projekt może być prawdziwą niedźwiedzią przysługą dla demokracji bezpośredniej. Przejdźmy do konkretów, na początku najważniejsze:

1. Projekt przenosi z ustawy do Konstytucji rozszerzony katalog spraw, których referendum takie dotyczyć nie może - w tym zmiany samej Konstytucji! To wręcz haniebne, że Naród jako Suweren w Polsce nie ma prawa do zmiany własnej ustawy zasadniczej! Gwarantuje mu to artykuł 4. Konstytucji w brzmieniu: "Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu."

2. Projekt nakazuje Sejmowi zarządzić referendum na wniosek obywateli, gdy pod wnioskiem tym podpisze się aż milion obywateli. Jest to liczba osiągalna w zasadzie głównie dla subwencjonowanych z budżetu partii, nielicznych związków zawodowych i stowarzyszeń.

3. Ważność referendum ogólnokrajowego nadal zależeć będzie od osiągnięcia progu frekwencyjnego 50% - czyli działać będą podobne mechanizmy, które niszczyły demokrację w Warszawie.

4. Referendum bez decentralizacji państwa nie chroni mniejszości - grozi wręcz dyktatem większości. 

5. Obywatele uzyskają prawo do wniesienia do Sejmu projektu zmian w Konstytucji - również jednak projekt poprzeć musi aż milion obywateli.

a teraz z rozwinięciem dla zainteresowanych:

1. Projekt wprowadza do Konstytucji (a więc swoiście betonuje), to co uprzednio znajdowało się jedynie w ustawie, a zatem katalog spraw wyłączonych spod referendum na wniosek obywateli. I są to - o zgrozo - budżet, wypowiedzenie wojny oraz zmiana Konstytucji (ponadto kwestie amnestii). Budżet to określenie ogólne o szerokim desygnacie - praktycznie każde głosowanie w pewnym stopniu dotyczy budżetu. Wypowiedzenie wojny poprzez referendum to jedyny sposób by zapobiec kosztownym interwencjom zagranicznym i na wzór szwajcarski - utrzymywać armię w granicach, w celach obronnych. W końcu zmiana Konstytucji z poziomu obywateli to najpilniejsze dziś prawo - w Szwajcarii wystarczy do takiego referendum jedynie 50 tys. podpisów. Państwo to umowa między obywatelami i mają prawo swobodnie kształtować w drodze referendum, a kształt tej umowy określa właśnie Konstytucja. Dodam, że brak możliwości wniesienia przez obywateli wniosku o referendum konstytucyjne wynikał dotąd bardziej z doktryny niż bezpośrednio z Konstytucji - teraz zakaz ów będzie wynikał bezpośrednio z ustawy zasadniczej. Moim zdaniem w ogóle nie powinien istnieć katalog tematów zarezerwowanych jedynie dla "jaśnie panujących" przedstawicieli i wyjęty spod referendum na wniosek obywateli. Poddaje w to wątpliwość art. 4. Konstytucji - mówiący, że to Naród jest suwerenem w Polsce.

2. Projekt nakazuje Sejmowi zarządzić referendum w przypadku zebrania pod wnioskiem o głosowanie powszechne aż miliona podpisów obywateli. Skąd ta liczba? Z księżyca? Cztery razy mniejsza Szwajcaria potrzebuje ku temu jedynie 50 tys. podpisów. W Polsce wg czystej matematyki byłoby to więc zaledwie 200 tys. podpisów. Słusznie próg podpisowy ustanowiony jest na poziomie 500 tys. podpisów, a wynika to ze specyficznego wzoru, który uzależniony jest przede wszystkim od struktury mniejszości, gęstości zaludnienia etc. Jest natomiast pewne, że milion podpisów nie będzie osiągalne dla niezorganizowanych struktur obywateli. Skorzystają na tym natomiast organizacje typu związki zawodowe, ogromne stowarzyszenia z dobrym finansowaniem oraz... partie.

3. Projekt nie znosi progu frekwencyjnego dla ważności głosowania w referendum ogólnokrajowym. W związku z czym czeka nas podobny paradoks jak w referendum warszawskim. Przeciwnicy danej propozycji po prostu nie będa chodzić do urn i referenda ogólnokrajowe nigdy nie będą ważne (dla ważności potrzeba osiągnąć próg 50% frekwencji). Z drugiej strony Ci, którzy pójdą głosować "przeciw" zwiększają szanse głosujących "za" poprzez podniesienie frekwencji - czyli tworzy się efekt tzw. "negatywnej wagi głosu", zakwestionowany przez niemiecki Trybunał Konstytucyjny już w 2008 roku. O błędach progów frekwencyjnych pisałem niedawno we wpisie pt. Bóg frekwencyjny. Zachodzę w głowę: czy gdy parlamentarzyści głosują zwykłe ustawy muszą osiągnąć jakiś "próg frekwencyjny"? Czy w wyborach jeśli nie weźmie udział 50% uprawnionych prowadzi to do ich nieważności??

4. Projekt w ogóle nie rozważa podstawowego mechanizmu obrony mniejszości czyli decentralizacji. W Szwajcarii na poziomie kantonu, a w USA na poziomie stanu, wolno np. wprowadzić związki partnerskie, zalegalizować marihuanę, czy nawet zmniejszyć podatki. W związku z czym przytłoczona mniejszość po prostu przeprowadza się do województwa "obok" zamiast wyjeżdżać poza granice kraju, nabywać nowe obywatelstwo, szukać pracy czy uczyć się nowego języka. Decentralizacja to najskuteczniejszy mechanizm obronny mniejszości i bez niego demokracja bezpośrednia modelu szwajcarskiego nie ma racji bytu. Można natomiast wprowadzić niebezpieczny dyktat większości. Szwajcarzy i Amerykanie wiedzą o tym od dawna - a Prawo i Sprawiedliwość?

5. Na pochwałę zasługuje natomiast umożliwienie wniesienia przez obywateli projektu zmian w Konstytucji, który jako projekt ustawy nie będzie mógł być poddany pod referendum (co wyjaśniłem wcześniej) a wpłynie do Sejmu i będzie poddany normalnej, procedurze legislacyjnej. To oczywiście zmniejsza jego moc i naraża na natychmiastowe odrzucenie przez Sejm. Projekt taki ponadto wymagać będzie według projektu PiS miliona podpisów poparcia. W Szwajcarii jest to jedynie 100 tys. podpisów (czyli jak dla każdej innej inicjatywy). Te kuriozalne liczby zapewne zabetonują nowe, ciekawe instytucje, umożliwiając ich użycie jedynie dobrze finansowanym, ogromnym grupom (w tym głównie partiom politycznym, subwencjonowanym z budżetu). Można więc stwierdzić, że większość zaprezentowanych w ustawie instytucji zostanie wypaczonych przez nonsensownie wysokie progi. Stworzy się prawo martwe dla zwykłych obywateli.

Na koniec warto nadmienić coś o autentyzmie Prawa i Sprawiedliwości w kwestii obywatelskich inicjatyw. Przypominam po raz wtóry, że o ile za pierwszej kadencji Platformy Obywatelskiej uchwalono jedynie 11% wniesionych przez obywateli projektów ustaw, o tyle za kadencji Prawa i Sprawiedliwości - 12%.

Łatwo więc zauważyć, że póki co Prawo i Sprawiedliwość zachowuje się wobec demokracji bezpośredniej niczym niedźwiedź z bajki opowiedzianej we wstępie. A w każdej bajce jest ziarnko prawdy.