Czy jesteśmy w Unii legalnie?

Data: 04.12.2013 20:02

Advocatorum error litigatoribus non noceat.
(błąd adwokatów niech nie szkodzi stronom)
Łacińska paremia prawnicza

Temat odżył na skutek ostatnich wydarzeń na Ukrainie. Tam można dokładnie przyjrzeć się, jak np. polscy politycy - przeciwnicy Unii sprzed 10 lat - nawołują Ukrainę do wejścia do wspólnoty. Pomijam jednak ten aspekt politycznej hipokryzji. Nie zaliczam się do euro-przeciwników ani euro-entuzjastów. Do kwestii chciałbym podejść chłodno i rzeczowo.

Niewykluczone jest, choć mało prawdopodobne, że na Ukrainie odbędzie się referendum w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej. Dla Polski przełomowym i kluczowym w tej kwestii było również referendum - przeprowadzone w 2003 roku z inicjatywy parlamentu (z inicjatywy obywateli nie odbyło się bowiem dotąd żadne referendum w Polsce). Odpowiedź na pytanie "Czy jesteśmy w Unii legalnie?" wiąże się z pytaniem o legalność tzw. negatywnej wagi głosu. Pisałem już co nieco o tym zjawisku we wpisach Bóg frekwencyjny oraz Niedźwiedzia przysługa. Zjawisko to, zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny w Niemczech, polega w skrócie na tym, że przy obowiązywaniu progu frekwencyjnego dla ważności referendum, osoba głosująca "przeciw" propozycji referendalnej zwiększa szanse głosujących "za". Dlaczego? Gdyż ci głosujący "za" nie mieliby szans, jeśli frekwencja nie sięgnęłaby progu - referendum nie byłoby wtedy ważne. A obywatel głosujący "przeciw" zwiększa frekwencję. Jego głos jest jak gdyby wypaczany. Głosujący działa na korzyść rozwiązania, którego nie popiera. W jego strategicznym interesie jest niewzięcie udziału w głosowaniu!

W 2003 roku obowiązywał w referendum próg frekwencyjny 50% i wtedy wielu polityków gorąco zachęcało do pójścia do urn, by próg ten pokonać. Dziś odwrotnie - ci sami politycy zniechęcają do udziału w referendach. Ale pomijając moralność Kalego - głosujących przeciw wejściu Polski do UE było ponad 20% (dokładnie około 4 milionów osób). Te 4 miliony obywateli głosując "przeciw" przyczyniły się do sforsowania progu frekwencyjnego i przez to wejścia Polski do UE. A przecież głosowały "przeciw"! To poddaje w wątpliwość demokratyczność i konstytucyjność tamtego referendum, jak i wszystkich głosowań powszechnych obarczonych progiem frekwencyjnym. Nie jest to jedyny "grzech" progu frekwencyjnego, niedługo zresztą sprawa tego mechanizmu trafi do Trybunału Konstytucyjnego z inicjatywy Demokracji Bezpośredniej.

Jednak odpowiedź na zadane w tytule pytanie nie ma dziś doniosłości prawnej. "Stało się", można powiedzieć i póki co cofnąć tego się nie da. Jest moje pytanie natomiast częściowym wezwaniem do weryfikacji postanowień sprzed 10 lat. Demokracja bezpośrednia polega na tym, że prawo może ulegać dynamicznej zmianie na żądanie odpowiedniej liczby obywateli. Przypominam, że w 2003 roku, ja jak i moi rówieśnicy, nie mieliśmy prawa głosu w kwestii akcesji Polski do UE, a ponosimy tego konsekwencje - zarówno pozytywne jak i negatywne. Być może przyszedł dziś czas na weryfikację tej decyzji, lub jej konkretnych postanowień - warunków naszej przynależności, zwłaszcza w kwestii wspólnej waluty. Nowe pokolenie, wchodzące w dorosłe życie, będzie miało możliwość zabrać głos po raz pierwszy, a starsi zweryfikować i ocenić naszą pozycję w UE, zyski i straty, po 10 latach.