Bóg frekwencyjny

Data: 14.10.2013 02:16

"Nic o nas bez nas!" jest to niedokładne, skrócone tłumaczenie "Nihil Novi sine communi consensu". Konstytucja Sejmowa z czasów, gdy Polska sięgała od morza do morza doskonale wyraża to, na co choruje dziś polska demokracja - możliwość decydowania za kogoś pod jego nieobecność. A konkretnie choruje na progi frekwencyjne czyli wypaczanie woli głosujących w referendach poprzez realne domniemanie, że niebiorący udział w referendum zagłosowałby "przeciw".

Zanim zacznę wywód proponuję politykom establishmentu podobne rozwiązanie w wyborach do Sejmu - brak osiągnięcia 60% frekwencji unieważnia wybory i wprowadza rządy bezpośrednie. Ciekawe, czy wtedy też by się tak cieszyli.

Najnowsze sondażowe wyniki pokazują frekwencję w referendum ws. odwołania Hanny-Gronkiewicz Waltz na poziomie 27,1%. Do odwołania konieczne jest osiągnięcie frekwencji na poziomie 29,1%, co stanowi 3/5 (60%) spośród osób głosujących w wyborach samorządowych w 2010 roku. Ponad 93% biorących udział w referendum głosowało jednak za odwołaniem prezydenta! W Szwajcarii, gdzie nie ma progów frekwencyjnych, nie byłoby cienia wątpliwości. To jest niemalże jednomyślność. Skąd taki wynik? Zarówno komentarze w Internecie, jak i sam rezultalt sugerują jednoznacznie - Polacy wiedzą jak działa bożek frekwencji. Nie poszli na głosowanie celowo, strategicznie, z wyrachowania, a nie z lenistwa. W ten sposób głosowali jak gdyby z siłą dwóch głosów - bo także z osobami, które w ogóle polityką się nie zajmują. Głos obu tych grup poczytano jako "przeciw". Przemyślmy teraz kilka spraw:

Po pierwsze - podnoszony jest argument, że 350 tysięcy nie może mieć wpływu na odwołanie prezydenta 2,5 milionowego miasta. A ile może mieć wpływ na jego wybranie? W 2010 roku głosowało na Panią Prezydent 345 tysięcy wyborców. Za odwołaniem dziś - 359 tysięcy. Wyjaśniam na prostym przykładzie: jeśli w wyborach w gminie brało udział 100 osób, z czego 52 głosowały na kandydata X to kandydat ten został wybrany prezydentem. W trakcie jednak referendum odwoławczego, jeśli 59 osób głosowałoby za jego odwołaniem, lecz żadna przeciwko (jednomyślność) - pozostałby na stanowisku. Nieosiągnięto by progu frekwencyjnego. Czy ktoś jeszcze chce przytaczać argumenty z liczb bezwzględnych?

Po drugie - próg, który przełożył się na rezultat frekwencji, będzie w przyszłości przywoływany jako "koronny argument przeciwko demokracji bezpośredniej". Wszakże jak wprowadzać demokrację bezpośrednią w kraju, gdy w referendum bierze udział zaledwie 27% uprawnionych? Będzie to oczywiście obrzydliwe, bo gdyby nie bożek frekwencji w referendum wzięłoby udział może nawet 50 czy 60% głosujących, a walka byłaby wyrównana i być może rezultat podobny. Tymczasem przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz stanęli w nierównej walce.

Po trzecie - na czym polega równość obywateli wobec prawa? Wygląda na to, że by przegłosować cokolwiek w referendum (bo próg dotyczy też referendów merytorycznych!) trzeba odejść od komputera i iść do urny, a aby zablokować proponowaną zmianę - wystarczy zostać w domu. Najlepiej drzemać do 21, a potem cieszyć się zwycięstwem! Cóż za wspaniała promocja obywatelskiej postawy.

Po czwarte w końcu - protestuję przeciwko poczytywaniu głosu nieobecnych jako głosu "przeciw". Wyraźnie przeczy to standardom demokratycznym nie tylko dlatego, że przeciwnicy danego rozwiązania poddanego pod referendum nie idą na głosowanie przez wyrachowanie. Jest przecież ogromna liczba wyborców, którzy nie chcieli iść, bo nie potrafili ocenić rządów prezydenta, podobnie jak nie wszyscy chcą i mogą rozeznać się w sprawach poruszanych w referendach merytorycznych. Wśród obywateli niebiorących udziału w głosowaniu są również tacy, którzy nie wierzą po prostu w pozytywne efekty wpływu na dymisje włodarzy. Takie myślenie wykształcił obecny system partyjny. Koniec końców, takie osoby nie chciałyby głosować "za" ani "przeciw". A system ich zmusza - ich głos jest poczytywany jako "przeciw". Demokracja?

Chyba nikt nie chciałby aby, gdy nie bierze udziału w wyborach parlamentarnych, jego głos np. automatycznie był oddawany na partię X? A takimi realiami rządzi się referendum - tak długo jak obowiązuje próg frekwencyjny. Absurd.

Konkluzja jest oczywista - nie ma obecnie bardziej wypaczającego demokrację mechanizmu niż próg frekwencyjny w referendum. W Szwajcarii żadne referendum, na poziomie jakiegokolwiek kantonu nie posiada wymogów frekwencyjnych. W wyborach głosuje więc 20-30% uprawnionych, zaś w referendach 40-60%. Obiecuję zatem podjąć kroki w stronę zniesienia progów frekwencyjnych w Polsce na każdym szczeblu. Nie dopuścimy do ich rozszerzenia jak chciałby obecnie Prezydent RP. Trzeba walczyć z cwanym bożkiem frekwencji na każdym kroku.