13 października

Data: 07.10.2013 23:14

13 października 1770 roku Konfederacja Barska uchwaliła akt detronizujący Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Zbliża się warszawskie referendum, okrzyknięte przez Prawo i Sprawiedliwość godziną "W". W związku z tym postanowiłem odświeżyć swojego bloga i skomentować szereg nieprawdziwych informacji jakie krążą na temat instytucji referendum odwoławczego, a które - w moim przekonaniu - są kłamstwami polityków, którzy obawiają się o utratę swoich funkcji i zaufania. Na początek przyjdzie mi obalić pięć podstawowych mitów:

1. "Nie powinno się odwoływać prezydenta na rok przed wyborami"

Odwołanie prezydenta może nastąpić w dowolnym momencie - nawet na dwa dni przed wyborami. Obywatele swobodnie kształtują swoje małe ojczyzny i gwarantuje im to Konstytucja. Jeśli wyeliminujemy możliwość odwołania samorządowca w jakimś okresie, to w tym czasie stanie się on bardzo nieefektywny, a nawet skłonny do decyzji przeciwko społeczeństwu. Ograniczenie tego prawa w czasie powoduje utratę przez obywateli statusu suwerena.

2. "Po co odwoływać prezydenta skoro premier może wprowadzić na rok komisarza?"

Odwołanie prezydenta nie musi zakończyć się wprowadzeniem komisarza. Poza faktem, który wszystkim umyka, czyli tym, że od ogłoszenia wyników referendum do końca kadencji minie przypuszczalnie 13 a nie 12 miesięcy (kadencja samorządowców kończy się pod koniec listopada 2014 roku a referendum jest 13 października) to pozostaje wciąż arsenał innych argumentów prawnych, do których mam nadzieję, że ustosunkuje się Państwowa Komisja Wyborcza i sam premier, po mojej prośbie o interpretację przepisów. Nie jest to jednak miejsce na prawne dywagacje o kolizjach ustawowych.

3. "Referendum to koszt 2 milionów złotych! Nie warto tego przeznaczyć na coś pożytecznego?"

To największa bzdura jaka pojawia się w debacie publicznej. Referendum odwoławcze nie jest kosztowne. Żadne referendum tak naprawdę nie jest. To jedynie dyżurny argument używany przez polityków by chronić swoje stanowiska (zwane tradycyjnie żłobami). Koszt referendum w Warszawie to ok. 2 miliony złotych. Przy rocznym budżecie ok. 13 miliardów, 2 miliony to suma wręcz znikoma, a wydana przecież na podstawę funkcjonowania całego systemu - na demokrację, czyli towar pierwszej potrzeby. Podnoszone są argumenty, że "dobrze byłoby wydać to na szkoły lub służbę zdrowia". Czemu ten argument nie pojawiał się gdy urzędnicy otrzymywali premie, sumarycznie na 800 tysięcy złotych (połowa kosztu referendum). Sama Pani Prezydent pełniąc funkcje publiczne osiągnęła majątek prawie 4 milionów złotych - tak deklaruje w oświadczeniu majątkowym. Czyli sama byłaby w stanie pokryć koszt z pieniędzy, które otrzymała z kasy publicznej za sprawowanie funkcji! Czemu nikt nie krzyczy o wydawaniu pieniędzy na żłobki gdy marnowane są rok rocznie miliardy publicznych pieniędzy przez niewydajną administrację?

4. "Odwołanie prezydenta powinno nastąpić w referendum w wypadku poważnego naruszenia prawa"

Argument zaczerpnięty z listu otwartego celebrytów pt. "To referendum nie ma sensu". Listu podpisanego m.in. przez Lecha Wałęsę czy Andrzeja Wajdę. Drodzy autorzy listu - Szanowne Autorytety Z Lamusa - nie wiem dlaczego zatrzymaliście się mentalnościowo w czasie PRL gdzie polityk miał specjalne przywileje pół-boga, ale młodzi ludzie żądają dziś zrównania w prawach polityka z obywatelami. Otóż, gdy obywatel łamie prawo to nie tylko często zwalnia się go z pracy, lecz staje przed sądem i ewentualnie trafia za kraty. I to samo dotyczyć ma prezydenta, wójta, posła, senatora, premiera i bądź kogo kto piastuje funkcje publiczne. Za łamanie prawa ponosi się konsekwencje karne, a w referendum odwołuje się za niegospodarność. Swoją drogą, obywatele nie muszą mieć żadnego, najmniejszego powodu - jeśli chcą wymienić zarządcę publicznego majątku jakim jest niewątpliwie Prezydent Warszawy, to mogą to zrobić w każdej chwili bez podawania przyczyn.

5. "Nie chcę aby referenda odwoławcze miały miejsce co tydzień"

Referendum odwoławcze nie służy odwoływaniu. Brzmi paradoksalnie prawda? Jednak jest to prawda. Narzędzie "recall" nie służy organizowaniu ciągłych referendów, a tworzeniu psychologicznego zagrożenia bycia odwołanym - i to przez całą kadencję. Dotychczas wydawało się to nierealne by odwołać Prezydenta Warszawy. A jednak, dzięki wysiłkom WWS okazało się to realne, co wpłynęło na całą Polskę - należy to z całą siłą podkreślić. Wielu samorządowców zaczęło pracować wydajniej, a wobec kilku toczy się w tym momencie akcja referendalna. Sama Prezydent Warszawy zaangażowała się dużo bardziej co przyznają już nawet dziennikarze! Recall połączony z właściwą ordynacją wyborczą (np. JOW typu AV) stanowi "Niezbędnik obywatela nadzorującego polityków". Jak my byśmy pracowali gdybyśmy nie mogli być zwolnieni? Bez możliwości odwołania, właśnie tak "pracują" politycy.

Nie postuluję odwołania Pani Prezydent Warszawy, ani jej utrzymania na stanowisku. Postuluję by pójść i zagłosować - uczestniczyć w demokracji, bo chyba tylko tyle nam zostało. Postuluję pokazanie, że obywatele nie są jedynie bydłem wyborczym, które idzie do urn raz na 4 lata (jak chcieliby politycy), ale prawdziwym Suwerenem w państwie. Co więcej, żądam od Parlamentu zniesienia progów frekwencyjnych dla ważności referendów. Poczytywanie nieuczestnictwa obywateli w głosowaniu jako oddanie głosu "przeciw" jest niemoralne i niezgodne z założeniami demokracji. Nic o nas bez nas! Tylko uczestniczący referendum mają prawo wyrazić swe zdanie i próg frekwencyjny nie może tej woli wypaczać. Nawoływania premiera, by obywatele nie szli na referendum poczytuję za obrzydliwe, a wystąpienie Prezydenta Komorowskiego z projektem ustawy "zamrożenia" instytucji recall w samorządach, akurat w tym momencie, za powodujące odruch wymiotny. Do tego dochodzi jawna hipokryzja dwóch głównych partii - PiSu, który nawołuje do budowania frekwencji w Warszawie, lecz zniechęca do udziału w referendum w Wadowicach i PO, które zniechęca w Warszawie, lecz gorąco zachęca w Słupsku.

Demokracja bezpośrednia to magia obywateli. Magia, która tworzy stałe zagrożenie dla polityków, iż ich reformy mogą upaść, a oni sami zostać odwołani. Dlatego przygotowują każdą ustawę sumiennie i transparentnie. Dopóki w Polsce nie będzie możliwości złożenia wiążącego wniosku o referendum, a także prawa odwołania posła, senatora, ministra czy nawet premiera, w naszym kraju nic się nie zmieni. Pamiętajmy: polityk zagrożony - z dowolnej opcji - pracuje efektywniej i nie marnuje publicznych pieniędzy.

Czy więc nie warto wydać te kilka złotych w skali miasta na referendum, by w przyszłości nie stracić miliardów?